Uzdrawianie zranionego serca w procesie terapii wewnętrznego dziecka

Uzdrawianie wewnętrznego dziecka

Wewnętrzne dziecko jest w każdym z nas, jednak wielu zapomniało o jego istnieniu. Największą nagrodą po latach cierpień jest przytulenie mocno do serca wszystkich odzyskanych części siebie. Czasami długi i bolesny proces jest tym, który musi się po prostu zadziać…i nie ma innego wyjścia, jak dać mu najwięcej przestrzeni na zaistnienie. Proces ten może składać się z wielu etapów, które będą wymagały niezwykłej czułości i akceptacji wobec siebie. Gdy w końcu sami damy sobie współczucie, wsparcie i zrozumienie – wejdziemy na ścieżkę uzdrawiania zranionego serca. Zranione serce cierpi najbardziej, gdy z jakiegoś powodu odrzucamy siebie. Gdy odrzucamy swoją duszę mówiąc — nienawidzę cię i nie chcę tobą być. Nie chcę na ciebie dłużej patrzeć. Największy ból przysparza zawsze odrzucenie siebie i błąkanie się po świecie z ciężarem przejmującego zawodu i rozpaczy. Bez względu na okoliczności i traumy, które stoją za tą rozpaczą my tak naprawdę…nie chcemy tego robić.

Właśnie dlatego płaczemy. Właśnie dlatego cierpimy na depresję. Właśnie dlatego przelewamy łzy z powodu minionych doświadczeń. Bo bez względu na to, co miało miejsce, najstraszliwszym skutkiem tego wszystkiego jest utrata miłości i zaufania do siebie. Długo zastanawiałam się nad tym, czym jest wewnętrzne dziecko. Czy to skrzywdzone, smutne ja jest moją duszą? A może moją podświadomością? A może symbolicznym dzieckiem, które najbardziej ze wszystkiego potrzebuje, aby je w końcu zauważyć? To nie ma większego znaczenia. Bo nie o nazewnictwo tutaj chodzi, tylko o nawiązanie kontaktu z prawdziwymi uczuciami, które gdzieś, kiedyś zostały zagubione. Uzdrawianie wewnętrznego dziecka, to nic innego jak cofnięcie się pamięcią do dzieciństwa — do sytuacji trudnych, bolesnych, niekiedy traumatycznych. To nawiązanie kontaktu ze wszystkimi „momentami”, które wywoływały wstyd, lęk, poczucie winy czy rozpacz.

W tym wszystkim zawsze chodzi o ciebie. O to, co czujesz, o to, jak reagujesz. O to, kim jesteś.

W moim życiu nastąpił jeden przełomowy moment, gdy będąc jeszcze w klasie gimnazjalnej, wysłano nas na zajęcia z psychologiem. Leżeliśmy na materacach i mieliśmy wizualizować przyjemne dla nas miejsce. Nie miałam problemu z wizualizacją, a raczej z tym, co zobaczyłam. Owszem, pokazała mi się piękna łąka, a także zboże, wśród którego lubiłam biegać jako dziecko. W pewnej chwili zobaczyłam swoją twarz. To było spotkanie w cztery oczy. Było to niezwykle smutne spojrzenie, które przeszyło mnie na wskroś. Poczułam się nieswojo. Poczułam cały ten smutek i osamotnienie, które towarzyszyło mi praktycznie od samego początku. To był dla mnie pierwszy impuls do spotkania z duszą.

Był to dla mnie bardzo trudny czas. Prześladowanie i wyśmiewanie w szkole, ciągłe poniżanie. Stres, kłopoty w domu i niespełniona miłość. Wtedy właśnie leżąc tam w małej salce lekcyjnej, po raz pierwszy szczerze spojrzałam na siebie. Spotkałam swoje oczy. Co mi wtedy powiedziały? Powiedziały: Czuję się przeraźliwie bezsilna. Smutna, depresyjna, porzucona. Niepewna siebie. Przerażona. Oderwana od serca i poczucia siły. Oderwana od ludzi. Oderwana od świadomości, tego, kim jestem i kim mogę być.

Zawsze, gdy decydujemy się spotkać siebie, otwieramy kolejne drzwi prowadzące do zmiany. Jednak praca z wewnętrznym dzieckiem nie jest zmianą na siłę. Nie zmieniamy się na siłę, tylko dlatego, że nienawidzimy siebie i nie możemy już znieść tego, czego doświadczamy. Takie podejście będzie zawsze walką. A walka ze sobą nie będzie ani wygrana, ani przegrana. Będzie błędnym kołem, z którego bardzo ciężko się wydostać.

Przychodzi taki czas, gdy zaczynasz traktować siebie nie z presją, a z czułością i zrozumieniem potrzebnym do zrobienia kroku naprzód. Gdy zamykasz oczy i widzisz siebie, informacje same zaczynają płynąć i układać się w potrzebną całość.

W tym procesie chodzi o uznanie wewnętrznej krzywdy i danie jej należytego szacunku. To wykrzyczenie jej, wypłakanie i przeżycie w pełni. Często jednak zaczynamy od niewłaściwej strony. Słyszymy — bądź wdzięczny. Myśl pozytywnie. Kochaj siebie. Ciesz się każdym dniem. Afirmuj i otwórz się na pozytywne uczucia. Ukłoń się przed swoimi rodzicami, bo oni też mieli ciężko. To tak nie działa. W pewnym momencie my po prostu nie możemy i nie potrafimy tego zrobić. Nie jesteśmy w stanie na siłę poczuć miłości. Nie jesteśmy w stanie być wdzięczni za cokolwiek ani przebaczyć, podczas gdy te wszystkie emocje w nas buzują i z całą siłą chcą się wydostać.

Dawniej zmuszałam się do tego, by poczuć się lepiej. Latami afirmowałam, oddychałam, praktykowałam dwupunkt, ustawiałam swoich przodków, tam, gdzie powinni być, przebaczałam krzywdy i rozwijałam pozytywne nastawienie. Po przerobieniu całego wachlarza metod, które w ciągu kilkunastu lat do mnie przyszły — ponownie doświadczyłam histerii. Wróciła do mnie krzywda, której wcześniej nie uznałam. Wielka krzywda pomieszana z poczuciem niesprawiedliwości. Tak wielka, że wszystkie duchowe i magiczne otoczki w jednej chwili straciły na znaczeniu. Wszystkie mądre rady i słowa, które usłyszałam odpadły ze mnie w jednej chwili. Liczył się tylko ten ból, który do mnie przyszedł i wielka rana w moim sercu.

Często mówi się nam: Nie bądź ofiarą. Nie możesz żyć w ten sposób. Musisz się pozbierać. Nie możesz użalać się nad sobą. Nie możesz obwiniać innych, ponieważ to ty jesteś odpowiedzialny za wszystko, co cię spotkało z racji tego, że jesteś twórcą swojego życia. W głębi serca wiesz, że to całe ezoteryczne gadanie, to jedno wielkie kłamstwo. Jestem odpowiedzialna za bardzo wiele — ale nie za WSZYSTKO. Nie za wszystko. Nie jestem odpowiedzialna za przemoc, nie jestem odpowiedzialna za to, że inni mnie krzywdzili, nie jestem odpowiedzialna za to, że nie chcieli się zmienić. Nie jestem odpowiedzialna za cały świat. Jestem jedynie odpowiedzialna za powrót do mojego wewnętrznego domu. I mogę to zrobić, dla mojego dobra. Po to, by dać sobie SZANSĘ. Szansę na ponowne doświadczenie miłości, akceptacji, szacunku i zrozumienia.

Boimy się poczuć jak ofiara. Boimy się oceny innych. Boimy się, że pozostaniemy w tej roli już na zawsze. Wręcz przeciwnie. W chwili, gdy pozwolimy sobie poczuć się jak skrzywdzona ofiara, przestaniemy nią być. To jest ten moment, w którym życie zatacza koło. Wtedy oto stajemy w prawdzie o sobie. Stajemy się dojrzali i możemy zmieniać się z miłością. Otwieramy się na nowy proces, w którym to, co dobre zaczyna dziać się samo. Pojawia się przestrzeń na dobre rzeczy i sytuacje. Pojawia się przestrzeń na dobre uczucia, które wcześniej nie miały racji bytu. Bez presji i wymuszania. Bez wmawiania sobie, jacy powinniśmy być i co powinniśmy byli wcześniej zrobić. Wcześniej się nie dało. Wcześniej nie mogliśmy.

Najpierw ty, a potem wszystko inne. Z pustego dzbana nigdy nie nalejesz. By móc dzielić się ze światem, najpierw zajmij się sobą. Nie zmuszaj się do miłości. Nie napełniaj światłem. Nie rób niczego na siłę. Daj sobie czas. Dokładnie tyle ile potrzebujesz. Po prostu pobądź ze sobą w swoim poczuciu skrzywdzenia i daj mu należyty szacunek. To wystarczy. Od tego momentu zacznie się dla ciebie nowe życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *