Zawsze doskonali nie kochają siebie. O perfekcjonizmie, który boli

Odkąd pamiętam. lubiłam porządek. Patrzenie na czystą i schludną przestrzeń wokół mnie przynosiło niewypowiedzianą radość. Piękny pokój, poukładane kolorami książki. Idealna kompozycja, która sprawiała, że czułam się bezpiecznie. Wszystkie lekcje odrabiałam na czas, przekładałam kupki podręczników z lewej strony na prawą po tym, jak się nauczyłam. Doskonała organizacja. Motywacja do sukcesu. Zdecydowane działanie. Klucz do ideału życia. Perfekcjonizm często mylony z motywacją może stać się pułapką, która zamiast prowadzić do osiągania celów, wpędza w depresję i nerwicę.

W wieku trzysnastu lat zachorowałam na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Wszystko z powodu przemożnej chęci udowodnienia sobie, że będę miała jak najlepsze oceny. Takie, jak sobie założyłam. Chciałam zostać lekarzem. Mówiłam o tym od dzieciństwa. Uczyłam się więc bardzo dużo, zaniedbując dziecięce rozrywki. Któregoś dnia, gdy dostałam ocenę dostateczną z chemii, cały mój świat się zawalił. Porwałam zeszyt i doświadczyłam załamania, które skończyło się długotrwałym stanem depresyjnym. To i kilka innych okoliczności sprawiło, że po raz pierwszy poczułam silny gniew wobec siebie. Gniew niespełnionych oczekiwań.

Przestałam pasować do obrazu, który wytworzyłam sobie w głowie. Moje marzenia i plany zaczęły się rozjeżdżać. Nawet moje pismo wydawało mi się pozabwione ideału. Mój wygląd, moja waga, cała ja — nie były takie, jak sobie zażyczyłam. Nerwica przyszła nagle. Gwałtownie. Uderzyła z siłą huraganu. Zaczęłam słyszeć natrętne myśli, które kazały mi robić coś, co wydawało się irracjonalne. Nie mogłam się powstrzymać. Nie mogłam spać. Pojawiały się ataki paniki. Bardzo schudłam. Wieczory spędzałam na powtarzaniu rytuałów, które miały wyrwać mnie z cierpienia niedoskonałości.

By móc spokojnie zasnąć, musiałam zacząć działać wczesnym wieczorem, ponieważ rytuały zajmowały mi po kilka godzin. Mój poziom lęku był tak wysoki, że nie panowałam nad nim. Za to on panował nade mną. Te stany przełożyły się na to, jak byłam traktowana w szkole i jak sobie z nią radziłam. Walka z niedoskonałością trwała w najlepsze. Nie mogłam się pogodzić z faktami. Leżąc wieczorem w łóżku, trzymałam się za głowę, bo nie chciałam słyszeć tego głosu, który ponownie kazał mi sprawdzać, czy spakowałam plecak, czy zakręciłam gaz i czy równo ułożyłam buty. Pomimo ciągłego sprawdzania, po kilku sekundach już nie pamiętałam, czy faktycznie to zrobiłam. Więc sprawdzałam ponownie i ponownie, aż do momentu, w którym emocje rozrywały mnie od środka. Trwało to przez pół roku. Nie powiedziałam nikomu. Dopiero po pewnym czasie dostałam leki, które miały mi pomóc. Włożyłam tabletkę pod język i usłyszałam w sobie kolejny głos, który powiedział mi — Nie bierz tego. Wyrzuć to natychmiast.

Zdenerwowana pozbyłam się całego opakowania i spuściłam w toalecie. Postanowiłam sama zmierzyć się z problemem i zrozumieć piekło, które szalało we mnie tyle czasu. To były lata, gdy nie było jeszcze swobodnego dostępu do internetu. Dopiero od niedawna miałam komputer, mogłam więc stopniowo czytać i poznawać nowe książki. Zainteresowałam się rozwojem osobistym, psychologią oraz duchowością — niekonwencjonalnym podejściem do rzeczywistości. Coś we mnie wołało, Ty nie możesz tak dłużej żyć. Wszystko musi się zmienić. Musisz odnaleźć głęboki sens życia. Gdy przyszedł kolejny trudny wieczór, położyłam się na łóżku i obserwowałam moje ciało. Obserwowałam myśli, które uderzały z każdej strony. Zaparłam się, postanawiając, że nie ruszę się z miejsca, dopóki te stany nie osłabną.

— Jestem zdrowa, mogą być zdrowa — powtarzałam w myślach, odganiając wszystkie obsesje.

Po pewnym czasie zaczęło przychodzić do mnie uświadomienie, będące przemożną potrzebą skonfrontowania się z pewnymi okolicznościami. Poczułam, że chcę wiedzieć — jak przebiegał mój poród. Zaczęłam więc rozmawiać z mamą. Wypytywać o wszystko. Gdy usłyszałam całą historię od początku do końca, w moim nastoletnim umyśle przerwała się jakaś tama. Zapłakałam rzewnie nad słowami, które dały mi wyzwolenie. Zeszło ze mnie ogromne nieuświadomione poczucie winy, które dusiło mnie od środka. Tego wieczora po prostu zasnęłam, a wszystkie rytuały zniknęły. Moje ciało odprężyło się, a ja z ulgą na sercu mogłam wreszcie odpocząć. Moja nerwica, która przejawiała się tak silnie na poziomie fizycznym odeszła z dnia na dzień.

To był dla mnie przełom. Będąc wtedy w gimnazjum, zainteresowałam się regresją, wzorcami prenatalnymi oraz pracą z podświadomością. To wszystko stanowiło ogromny przełom rzutujący na całe moje dalsze życie. Problem perfekcjonizmu towarzyszył mi przez przez wiele późniejszych lat, chociaż już nie w takim stopniu Poznałam go od środka. Dziś jestem psychologiem. Dziś rozumiem dużo więcej. Wiem też, że zawsze perfekcyjni nie potrafią kochać siebie. Zawsze perfekcyjni nie mogą po prostu zacząć żyć. Zawsze perfekcyjni będą szukać, dopóki nie znajdą. Zawsze perfekcyjni mają zadatki na geniusza.

Zawsze perfekcyjni muszą dotrzeć do punktu, w którym odbiją się od ściany. Do punktu, w którym uderzą głową tak mocno, aż odechce im się wszystkiego. A po tej depresji w końcu spojrzą na siebie łaskawym i życzliwym okiem. I zrozumieją, że to wszystko nie ma sensu. Że ten garbaty nos, niezbyt płaski brzuch i wiele innych mankamentów tak naprawdę nie stoi na drodze do szczęścia.

Tak, nawet będąc niedoskonali, możemy być kochani, bogaci, radośni i wspaniale zorganizowani życiowo. Tak, nawet wtedy możemy być tak szczęśliwi, jak nigdy wcześniej nam się nie śniło. Pomimo tych wszystkich wad, porażek życiowych i głupich potknięć, każdego dnia mamy szansę odbudować nasz świat. Zawsze perfekcyjni nie czują siebie. Chodzą niepewnym krokiem, wpadają na ludzi, nie mają połączenia z sercem. Chwieją się w życiu i swoich decyzjach. Pomimo ogromnych wymagań nie realizują nic lub niewiele z tego, co sobie założyli. Dlaczego? Ponieważ wszystko, czego się dotkną, nie zamienia się w złoto!

Ponieważ nic nie jest takie, jak sobie założyli. Ponieważ wymagają od siebie tak wiele, że staje się to nie do zniesienia. Ponieważ z czasem zaczynają znęcać się nad sobą, nie widząc pożądanych efektów. Perfekcjonizm jest błędnym kołem, które sprawia, że przestajemy widzieć prawdziwy świat. Widzimy tylko to, czego nam brakuje lub to, czego nie potrafiliśmy zrobić. Porównujemy się, krzyczymy z rozpaczy, przeklinamy nasze życie. Stojąc przed lustrem, mamy ochotę je rozbić, bo czujemy się skazani na siebie.

Smutek, smutna kobieta
pixabay.com

A nasze serce wciąż płacze. Płacze z tęsknoty tak wielkiej, że wręcz niewyobrażalnej. — Dlaczego mnie nie kochasz? Dlaczego mnie tak dręczysz? Ja już nie mogę, dłużej nie wytrzymam — szepcze cichy głos naszej duszy. Jednak nie słyszymy go, dopóki nie zatrzymamy się w poczuciu świadomości, że nic nie musi być takie, jak sobie założyliśmy.

Świat jest pełen kolorów, świat jest pełen różnorodnych energii. Wszędzie obserwujemy nieidealne twarze, sytuacje i okoliczności. A my w tym świecie, mamy tylko siebie. I nikt nie tęskni za nami bardziej niż nasze odrzucone serce. Przychodzi taki czas, gdy przestajemy płakać z gniewu i rozpaczy. Przestajemy się obwiniać. Zaczynamy płakać ze współczucia. Współczucia, które ma moc zmieniania całego życia. Czułość i życzliwość wobec siebie mają moc transformowania niemożliwego w przepiękne doświadczenia.

Przychodzi taki czas, gdy zostawiamy za sobą wielki ciężar. Przestajemy walczyć, bo teraz już wiemy, że walka ze sobą donikąd nie prowadzi. Możemy być swoim największym wrogiem lub największym przyjacielem. Możemy dostrzegać w sobie piękno lub brzydotę, talent lub wieczną porażkę. Jesteś sobą. Jesteś taki, jaki jesteś. Masz wybór, który może cię wyzwolić lub zniszczyć na własne życzenie. Perfekcjonizm to taki wewnętrzny demon, który prześladuje cię na każdym kroku. Mówi, co zrobiłeś źle i co zrobiłeś nie tak. Mówi ci o tym, jak traktowali cię rodzice i jak ty traktujesz teraz samego siebie. Mówi o tym, jak możesz zaprzepaścić swoje życie, o ile nie przestaniesz.

Gdy zaczęłam czuć głęboką jedność z moim wewnętrznym dzieckiem, gdy zaczęłam słuchać mojego serca, pojawiło się współczucie. Współczucie, które rozlało się we mnie i pozwoliło spojrzeć na całą przestrzeń doświadczeń z innej perspektywy. Które pozwoliło zaznać głębszego spokoju. Tak,  jestem w porządku. Wszystko ze mną dobrze. Pomimo całej karmy, trudnych doświadczeń, pomyłek, potknięć i błędów. Wszystko ze mną dobrze. Nie znałam miłości ani żadnego współczucia wobec siebie. To było dla mnie obce. Teraz je poznałam. Teraz jestem z siebie dumna. Gdy uzdrawiamy te najcięższe emocje i wchodzimy światłem świadomości w najbardziej bolesne części siebie — uzdrawiamy to, co wołało o pomoc i uwagę.

Perfekcjonizm to nic innego, jak przejmujący brak miłości. To ciągłe szarpanie się ze światem, który rzekomo kiedyś nas doceni, który powie — tak, jesteś doskonały. Teraz zasłużyłeś na miłość. W momencie, gdy zaczynamy żywić wobec siebie miłość i współczucie, małymi krokami życie zaczyna nam się udawać. O dziwo osiągamy sukcesy, z większą łatwością działamy i realizujemy postawione cele. Nikt nie stoi nad nami z bacikiem i nie leje nas po głowie. Nikt nie męczy nas kolejnymi obsesyjnymi myślami, jak powinno się zadziewać życie. Zawsze jest tak, jak być powinno. Nie lepiej nie gorzej, nie mniej nie więcej. Jest po prostu dobrze. Życie zadziewa się samo i otula nas opieką. Życie układa się w ten sposób, abyśmy mogli lepiej przyjrzeć się sobie. Abyśmy mogli odnaleźć tę miłość, za którą tęskniliśmy przez wszystkie lata niepokoju.

Zawsze chodzi o ciebie. O to, jak się czujesz. Gdy czujesz się dobrze ze sobą i w sobie — czujesz się dobrze w świecie i wśród ludzi. Proste. Wtedy możesz iść na spacer, możesz iść na łąkę. Idąc, czujesz siebie, stopiony w swoim sercu i ugruntowany w kontakcie z matką Ziemią. Wszystko staje się takie, jakie być powinno. Lekkie, spokojne, ciche i przyjemne. Życie zatacza koło i wchodzisz na właściwe sobie miejsce. Możesz poczuć, że jesteś swoim najlepszym przyjacielem, bo znasz siebie na wylot. W każdej trudności, w każdej sytuacji, w każdym cierpieniu. Bierzesz za rękę swoje ukochane wewnętrzne dziecko i zachęcasz do wyjścia, do pokazania siebie światu. Gdy jesteś już gotów, zaczynasz żyć w zgodzie z prawdą własnego serca.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *